Wiersz o miłości
Jest wiosna, to taki wiersz mi się dziś w głowie obudził
Bywa, że i miłości są rdzą czasu przyprószone
I wbrew nadziei skalpelem realizmu zoperowane
Jak flaki z olejem pałętają się nudnie,
jak pies z kulawą nogą
przy szarej burej nodze miasta
W teatrze znaczeń
Jak kot wyginające kark na dachu wrażeń
Pod spodem
Pod powierzchnią
W piwnicach umysłu dotlenione muzyką
Ważne, wciąż tak ważne!
Biją po ciemku, jak Boski chuligan
Jak Boski Tancerz w korowodzie zdarzeń
Nieskończone,
w banalnej metafizyce skończoności
Chore jak pijana ćma,
w blasku prawdy neonów
Jak zmartwychwstała poczwarka,
do lotu się przedziera
Zaprawdę człowiecza
Zaprawdę na Amen


Jeden komentarz
OdNova
Jeśli ktoś nie doświadczał bliskości w sposób właściwy albo miał jej za mało, to ma w sobie ogromną tęsknotę za nią, ale jest też w nim jakaś część, która nauczyła się bez tej bliskości żyć. I kiedy spotyka człowieka, który mógłby mu ją ofiarować, to może nie być w stanie jej przyjąć, bo nie będzie mu umiał zaufać. W sumie dlaczego miałby, skoro jego doświadczenia są inne?
I w bliskich związkach tak właśnie się dzieje: jest w nas część rozwojowa, która pragnie się zmieniać dzięki drugiemu człowiekowi, przekraczać swoje braki, ale jest też część defensywna, która nie wierzy, że to się może stać, która wraca do starego, dobrze znanego statusu quo.